niedziela, 30 listopada 2014

Rozdział VII

S. nie bardzo wiedziała gdzie jest. Teraz powinna być na "randce" z Edem (dalej ją to zdanie bawiło), a wszystko wskazywało na to, że jest w szpitalu. Było ciemno, bardzo ciemno. Spojrzała na podświetlany zegar, który swoją drogą był jedynym
źródłem światła w tym pokoju. Wskazywał 2:25. Przechylila lekko głowę w bok chcąc jakkolwiek przyjrzeć się pomieszczeniu, jednak od razu przeszły ją piorunujący ból. Jęknęła i zaczęła maskować skronie, chwilę po tym natknęła się na bandaż, który owijał całą jej głowę. Usiadła na brzegu łóżka, chcąc jeszcze raz spróbować obejrzeć pokój. Zobaczyła puste krzesło, które wcale jej aż tak bardzo nie dziwiło. Zawsze gdy robiło się poważnie jej matka po prostu się zmywała. Niedaleko stało również łóżko, na którym leżała podobna jej rozmiarów dziewczyna. Zbyt dużo szczegółów nie dostrzegała, ale gdy tylko jej oczy przyzwyczaiły się do mroku, stwierdziła, że jest w podobnym wieku co ona. Westchnęła, ból głowy z całą pewnością nie da jej zasnąć, nie bardzo wiedziała do kogo mogłaby się zgłosić, nie chciała krzyczeć po pielęgniarkę, bo obudziłaby cały oddział, a wstanie z łóżka wiązało się z jeszcze większym cierpieniem i całkowicie nie wchodziło w grę.
Leżała chcąc znów powrócić do jej idealnego snu, w którym znów była z Thomasem, a cała ta zdrada w ogóle nie miała miejsca. Chciała powrócić do snu, który jeszcze kilka dni temu był rzeczywistością. Ten fakt jeszcze bardziej ją dobijał, więc postanowiła pomyśleć o tym jak się tu znalazła. Na pewno musiał być wypadek, a ona w jego wyniku doznała jakiś obrażeń głowy- to wiedziała, jednak nie miała zielonego pojęcia co spowodowało ten wypadek. Chciała tylko, żeby ktoś jej teraz to wyjaśnił. Chciała z kimś teraz porozmawiać. A tym kimś był Ed.
Zastanawiała się kto był sprawcą wypadku. Nie wyobrażała sobie by mógł to być jej przyjaciel. W tej dwójce to on zawsze był tym bardziej odpowiedzialnym, przecież nigdy nie naraził by jej na niebezpieczeństwo. Nie, to nie mógł być on.
                          ***
Ed już prawie usypiał na krześle. Nie miał zamiaru choć na chwilę wyjść ze szpitala. Musiał jako pierwszy powiedzieć S. o tym całym zdarzeniu, no właśnie... tylko jak? Jak mógł jej wyjaśnić, że przez niego prawie nie zginęła? Gdyby tylko to usłyszała... był pewien, że nie chciała by z nim już rozmawiać, co więcej nie chciałaby go widzieć. Za oknem zaczęło się rozjaśniać. Był już ranek, dopiero teraz zrozumiał, że siedział tu całą noc. Szkoda tylko, że sam. Wolałby tę noc spędzić z Sussy, sam na sam, tak jak to nieraz sobie wyobrażał przed snem. To trochę żałosne, marzyć o czymś, czego nigdy się nie będzie mieć, ale on już taki był gdy w grę wkraczała jego odwieczna miłość. Zresztą zawsze uważał, że wszyscy się zmieniają pod wpływem osób, na których im zależy, a przynajmniej lubił to sobie wmawiać.
Podniósł głowę i zobaczył zbliżającego się lekarza.
-Pan tu wciąż jest? -Spytał i nie oczekując odpowiedzi ciągnął dalej
-O ile ma pan na imię Edward Sheeran, to panna Liam chciałaby się z panem widzieć. -Odparł i wskazał ręką salę, w której się znajdowała. Ed głośno przełkną ślinę i powoli poszedł do dobrze już znanej mu sali. Tej chwili bał się najbardziej, wciąż nie wiedział co ma jej powiedzieć. "Hej S. prawie cię nie zabiłem, wszystko w pożądku?" Raczej nie wchodziło w grę. Jednak nie mógł zaprzeczyć faktowi, że to on był sprawcą wypadku. Stanął przed drzwiami i mocno je pchnął. Za nimi zobaczył bladą, poowijaną bandażami, ale w ciąż piękna dziewczynę. Nie mógł jej stracić.

niedziela, 16 listopada 2014

Rozdział VI

Thomas bezcelowo plątał się po kuchni, czekając, aż woda w czajniku się zagotuje. Spojrzał na pochmurne niebo za oknem i wziął łyk swojego ulubionego czarnego płynu. Tylko mocna kawa z rana potrafiła skutecznie postawić go na nogi.
W pokoju rozległ się donośny dźwięk dzwonka. Odbijał się on echem w mózgu skacowanego chłopaka, niczym piłeczka ping-pongowa. W końcu poirytowany Tom podniósł telefon po to by wydrzeć się na rannego gnębiciela, ale przede wszystkim po to by wyłączyć tą przenikliwą melodyjkę.
-Słyszałeś? -Spytał głos po drugiej stronie. Thomas bardzo dobrze go znał i bezproblemowo potrafił rozpoznać nawet wtedy.
-Cholera, Jess czego nie rozumiesz w zdaniu "trzymaj się ode mnie z daleka"?
-Tom to ważne, Sussy miała wypadek i leży w szpitalu. -Słysząc to chłopaka oblał zimny pot, telefon prawie wypadł mu z reki. W jego myślach pojawiały się już najczarniejsze scenariusze. Musiał podeprzeć się ręką o kuchenny blat, by nie stracić równowagi.
-Wyślij mi tylko namiary, już jadę. -Odparł szybko przypominając sobie, że dziewczyna wciąż coś mówi.
-Nie uważasz, że ona wcale może nie chcieć nas widzieć?
-Nas? Jakich nas! Jadę tam sam i koniec kropka. Wystarczająco dużo już tu namieszałaś. -Wycedził wkurzony i rozłączył się nie dając nawet dojść jej do słowa. Kiedyś nawet ją lubił, ale po tym jak na imprezie go opiła i zaczęła się kleić nie chciał mieć z nią nic wspólnego. Szkoda tylko, że S. nie znała całej prawdy. Zważywszy na całą sytuację, to nie mógł się spodziewać, że Sussy będzie zadowolona z jego wizyty. Mimo to zaryzykował. Musiał ją zobaczyć. Nie ważne, że nie chciała z nim rozmawiać. On dalej traktował ją jako swoją dziewczynę i jego obowiązkiem było troszczyć się o nią. Szybko ubrał czarny t-shirt i wyblakłe jeansy. Przeczesał palcami niesforne, krucze włosy, wziął płaszcz oraz parasolkę i wybiegł z domu. Ulica była pełna samochodów. Mimo to, jak na złość, w pobliżu nie było widać żadnej taxówki. Po około dziesięciu minutach, które trwały niczym wieczność, udało mu się znaleźć wolną taxówkę. Podał kierowcy adres szpitala i poprosił o jak najszybszy dowóz. Teraz chciał tylko być przy niej. Nic innego się nie liczyło.

sobota, 15 listopada 2014

Rozdział V



V

-Piosenka, „She” tak? O kim ona jest?- Ed dobrze wiedział już na samym początku o co jej chodzi, jednak chciał zyskać na czasie. Nie mógł przecież powiedzieć, że jest o niej. Nie teraz. Mogłaby przez to odkryć, że tak naprawdę, gdy byli „przyjaciółmi” on liczył na coś więcej.
Krzyk dziewczyny wyrwał go z rozmyśleń.
Słaba widoczność i zamyślenie, sprawiły, że chłopak o mały włos nie zderzył się z nadjeżdżającą ciężarówką. Pisk opon, ostre hamowanie. Ed w ostatniej chwili gwałtownie skręcił w bok, co spowodowało dachowanie na drzewie.
Przez chwilę widział tylko ciemność. Wziął dwa wdechy i sprawdził stan głowy. Na szczęście była cała. Otrząsnął się i spojrzał na S. Siedziała nieprzytomna, a z jej czoła leciała krew. Szybko sprawdził jej puls. Żyła. To był dobry znak. Cały roztrzęsiony, zaczął panikować.
-Sussy, proszę odezwij się. – Klepał ją delikatnie po policzku, jednak bez rezultatu.
-Nie dobrze, to zazwyczaj mnie się ratowało, przecież mogłem iść na ten kurs z pierwszej pomocy, idiota, idiota – Mówił sam do siebie. Szybko zadzwonił na pogotowie i zgłosił całą sprawę. Wziął Susanne na ręce i wyniósł z auta. Chusteczką otarł jej krew z czoła. Nie było jej tak dużo, ale w myślach już wyobrażał sobie najczarniejsze scenariusze.
-Wszystko będzie dobrze. Tylko mnie tu nie zostawiaj. Proszę S. nie rób mi tego. – Mówił przez łzy, patrząc na dziewczynę trzymaną na rękach. Na szczęście pogotowie już się zjawiło. Ed widząc sanitariuszy otarł policzki i oddał Sussy na nosze.
-Czy mogę jechać z wami? – Spytał załamanym głosem.
-A czy jest pan rodziną? – Ed przecząco pokręcił głową, dodając, że są bliskimi przyjaciółmi. Jednak sanitariuszka mocując się z kroplówką, w ogóle nie zwracała na niego uwagi. Podała mu tyko na prośbę adres szpitalu do którego ją zabierają.
                Edward siedział w zimnym korytarzu, czekając na jakiekolwiek informacje dotyczące S.. W między czasie zdążył poinformować matkę Sussy o zaistniałej sytuacji. Wiedział, że będzie na niego wściekła o to co się stało, bo przecież to on ponosił za to całą odpowiedzialność. Zresztą, sam na siebie był tak wściekły jak nigdy w życiu. Chciałby, żeby to on teraz był na miejscu S., przecież jemu się to należało, a nie jej. Widząc wchodzącą Elle, wstał z krzesła i pobiegł w jej stronę by wszystko wyjaśnić. Oczekiwał, że gdy tylko go zobaczy wpadnie w szał, dlatego nieco go zdziwiło, że pani Liam przytuliła go na powitanie.
-Ed jak dobrze, że nic ci nie jest. Co z Sussy, czy to coś poważnego? – Spytała zdyszana. Oparła się o swoją metalową laskę i zdjęła okulary przeciwsłoneczne. Lubiła je mieć nawet gdy były one zbędne.
-Ja, ja nie wiem. Nic mi nie chcą powiedzieć. Przepraszam. To wszystko moja wina- Powiedział, jąkając się i przeczesując nerwowo włosy. Jednak Elle całkowicie zignorowała to co właśnie powiedział i podeszła do lekarza, który właśnie wyszedł z sali.
-Czy może mi pan powiedzieć co się stało mojej córce? – Zapytała, wskazując na salę za którą najprawdopodobniej znajdywała się Susanne.
-Pani Liam, tak? – Kobieta szybko kiwnęła głową, potwierdzając jej osobowość.
-Na szczęście to nic takiego. Lekki wstrząs mózgu. Powinna się obudzić za kilka godzin, w razie czego podaliśmy jej kilka leków, ale tak jak mówię, to nic poważnego. – Powiedział lekarz, kładąc rękę na jej ramieniu. Elle odetchnęła z ulgą.
-Czy możemy ją zobaczyć? – Spytał Ed stojący za kobietą.
-Powinna chwilę jeszcze odpocząć. – Odparł. Skinął głową na pożegnanie i wyminął zmartwionego chłopaka.
Ed usiadł na zniszczonym krześle zaraz obok ściany, westchnął i schował głowę w dłoniach. To wszystko było jego winą. Gdyby nie zaprosił ją na randkę, nic takiego by jej nie spotkało. Wszechświat dał mu wyraźnie do zrozumienia, że nie powinien się z nią umawiać. „Tylko przyjaźń, nic więcej. Wszystko inne jest zbyt niebezpieczne.” powtarzał w myślach.
-Ed, powinniśmy jechać do domu. Nic tu po nas. – Powiedziała matka dziewczyny, siadając obok niego.
-Ja tu zostaję. Nie ruszę się stąd choćbym miał tu nocować. – Odparł zdeterminowany chłopak. Chciał by Sussy, wiedziała, że jej tu nie zostawi. Nie mógł jej przecież tego zrobić.
-Daj spokój. Choć, zrobię ci herbatę, napijesz się i spokojnie porozmawiamy. – Elle dalej próbowała go przekonywać. Bez skutku. Wstała z krzesła i ciepłym uśmiechem pożegnała chłopaka. Zbliżała się północ, a Ed dalej siedział i rozmyślał co by było gdyby… w zasadzie to chyba najgorsze z pytań, które można sobie zadawać. Całkowicie bezsensowne i druzgocące jeszcze bardziej. Daje ono złudną nadzieję, że mogło być lepiej. Jednak prawda jest taka, że mogło być również gorzej. Z tego całego koncypowania wyrwało go dość znaczące chrząknięcie starszej pielęgniarki. Sheeran z niechęcią podniósł swoją rudą czuprynę, by spojrzeć na kobietę.
-Nie może pan tu siedzieć całą wieczność. Proszę udać się już domu. – Odparła, a na jej ustach pojawił się równie sztuczny, co one same, uśmiech.
-Nie mam zamiaru siedzieć tu całej wieczności. To zdecydowanie zbyt krótko. – Oznajmił. Tak naprawdę najchętniej by jej powiedział, że nie ma prawa się wtrącać, a on może tu siedzieć ile tylko chce, ale był zbyt zmęczony by się kłócić. Zresztą  tak by tym nic nie wskórał.
Kobieta spoglądała to na swoje paznokcie to na chłopaka. Nie bardzo wiedząc co ma powiedzieć, ponowiła prośbę.
-Chcę ją tylko zobaczyć! – Krzyknął Ed. Pielęgniarka, nieco zszokowana jego zachowaniem, oddaliła się o kilka kroków, jednak tak by nie tracić kontaktu wzrokowego.
-Nie może pan. Proszę już iść bo wezwę ochronę. – Spojrzała pomocnie na swoją koleżankę za ladą. Chciała być pewna, że w razie problemów, wezwie odpowiednie służby.
-Tylko zobaczyć! Cholera, nie zgwałcę jej tam. Pani nic nie rozumie, nie wie jak ja się czuję. To ja tam powinienem być. Muszę ją zobaczyć! – Ed tym razem już wstał. Nie potrafił panować nad emocjami. Nie mógł teraz odpuścić. Musiał ją przeprosić, nie ważne czy ona to będzie słyszała, czy też nie. Po prostu musiał.
-Dobrze. – Odparła cicho, jednak widząc jego zdziwienie i lekki uśmiech dodała:
-Ale pod moją obecnością i nie może to trwać dłużej niż pięć minut. –Ed wstał i przytulił kobietę. Nie sądził, że pozwoli mu wejść.
-Dziękuję- Wyszeptał i poszedł za pielęgniarką do sali, w której miała znajdować się jego przyjaciółka.
Wyglądała tak niewinnie, że Ed bał się podejść, by czasem jej nie obudzić. Spojrzał niepewnie na kobietę, a ta pewnym ruchem skinęła głową. Od drzwi do jej łóżka dzieliło go zaledwie 5 metrów, jednak trasa ta wydawała się najdłuższą jaką pokonał w sowim życiu. Usiadł obok i lekko pogładził jej blady policzek. Odgarnął kilka włosów z jej twarzy, poczym delikatnie musnął wargami jej czoło.
Bał się, nie wiedział co ma powiedzieć, jak się zachować.
-Przepraszam. – Mówiąc to, poczuł ścisk w gardle i łzy napłynęły mu do oczu. Teraz był pewny, że na nią nie zasługuje.

wtorek, 11 listopada 2014

Rozdział IV



-Ej Ed, co jest? – Spytał koleś z za szyby. Ed wyglądał dzisiaj równie fatalnie co wczoraj. Wiedział, że dużo dzisiaj nie nagra.
-Sorry Jimmie, kończymy. Nie mam siły dłużej nagrywać. – Wychodząc uścisnął dłoń kolegi w podzięce, za spędzony na nagrywaniu czas.
-Chcesz gdzieś wyskoczyć? –Rzucił przelotnie Jimmie, dopijając jeszcze poranną, zimną kawę. Ed przecząco pokręcił głową.
-Innym razem – Oparł wręcz przepraszająco. Nie wiedział co się z nim działo, ale nie chciał psuć nastroju innym. Chwilę jeszcze się plątał po sali, a gdy tylko Jimmie wyszedł zadzwonił do Susanne. Tak naprawdę  chciał tylko usłyszeć jej głos.
-Halo ? – Usłyszał w słuchawce telefonu. Serce zabiło mu mocniej „ogarnij się chłopie” pomyślał.
-Hej tu Ed, chyba mnie jeszcze pamiętasz? – Zażartował dla rozluźnienia, na szczęście usłyszał śmiech Sussy po drugiej stronie. To dobrze, nie chciał wyjść na idiotę.
-Słuchaj, co robisz dzisiaj wieczorem? – Spytał nieco nieśmiało.
-Mam randkę… - „kurwa! Jak mogłem sobie pomyśleć, że ona nie ma planów na wieczór, co za idiota…” przeklinał w głowie Ed. Tak teraz wyszedł na całkowitego idiotę. Jednak chwilę później usłyszał po drugiej stronie roześmiany głos dziewczyny.
-Z biologią – na te słowa wyraźnie się rozpromienił.
-Hm… myślę, że mógłbym ci wytłumaczyć co nieco w praktyce- Powiedział i z satysfakcją uśmiechnął się do siebie. Uśmiech niestety nie trwał długo bo od razu w jego głowie zaczęły się rodzić dziwne pomysły, czy aby nie przesadził. Przecież nigdy nie rozmawiali w TAKI sposób. W zasadzie to można powiedzieć, że zaczął z nią flirtować. „Zaraz, zaraz, ja chyba nigdy nie flirtowałem” pomyślał przestraszony
-Brzmi świetnie, będę o 18 u ciebie, ok. ? –Powiedziała nieco rozbawiona.
-Przyjadę po ciebie. –Poinformował i zakończył rozmowę, nie dając S. możliwości odmowy. Z uśmiechem padł na łóżko. „No to masz Ed, zakochałeś się. Tylko tego trzeba ci było teraz” pomyślał, ale już po chwili radość solidnie przygłuszyła tę myśl.


~*~
Sussy, nieco zdziwiona  podeszła do lustra. Była w luźnej, szarej koszulce (najprawdopodobniej jeszcze Thomasa) i czarnych legginsach. Niesforne włosy, upięła w luźnego koka. W tej stylizacji, nie wyglądała zbyt dobrze. Nie mogła przecież tak wyjść na randkę. No właśnie, randka z Edem? Jej najlepszym przyjacielem? Facetem, o którym przecież nigdy nie myślała w TAKI sposób.! Roześmiała się na samym myśl, jak mogli by razem wyglądać.
-Wychodzisz gdzieś? – Spytała Elle, patrząc na porozrzucane po całym pokoju ubrania.
-Trochę prywatności! – Krzyknęła S. i żartobliwie rzuciła w matkę poduszką. Ostatnio ich relacje nieco się poprawiły, ale to chyba tylko dlatego, że rzadziej ze sobą rozmawiały.
- No, no, to kto jest tym pechowcem, który się umawia z taką niezdarą? – Elle uśmiechnęła się do córki i usiadła na krawędzi łóżka. S. spojrzała na nią z poirytowaną miną, jaką miała przeznaczoną, dla „wyjątkowych” osób, między innymi dla wścibskiej matki. Usiadła obok i ciężko westchnęła.
-Nie mam w czym iść.- Odparła, chowając głowę w rękach.
-No nie wierze! Czy TY właśnie powiedziałaś, że nie masz w czym iść? Czy zdajesz sobie sprawę, że  właśnie przyznałaś mi odwieczną rację? Widzisz, ciuchy są jednak potrzebne do normalnego funkcjonowania. – Stwierdziła z wyższością pani Liam, po czym chwyciła córkę i zaprowadziła do swojej świątyni, zwanej też jako garderoba. Całe szczęście, że nosiły taki sam rozmiar prawie wszystkiego.
-No to gdzie się wybierasz? – Spytała, grzebiąc w szafkach i wyciągając coraz to inne stroje.
-Nie wiem. Ja nawet nie jestem pewna czy to randka. – Wciąż nie docierał do niej fakt, że ona i Ed mogli by się spotykać jako para. Matka na te słowa teatralnie przewróciła oczami i wróciła do przegrzebywania jej skarbów.
-To!  Tak to będzie idealne. Mało pretensjonalne, ale szykowne – Mówiła sama do siebie. W końcu odwracając się do dziewczyny, pokazała jej czarną, rozkloszowaną sukienkę, z wyszywaną na końcach koronką i kaszmirowy sweterek. Na ustach S. w końcu pojawił się lekki uśmiech.
-Może być. – Powiedziała, nie chcąc dać po sobie poznać, że podoba się jej strój skompletowany przez matkę.
-Do tego założysz te sandałki od Chanel, które kupiłam ci na gwiazdkę. – Odparła, podając jej strój. Dziewczyna nie była zadowolona z tego prezentu, wręcz uważała go za całkowicie bezsensownego, ale teraz pojawiła się w niej iskierka nadziei, że mógłby się jednak na coś przydać.
Dobiegała osiemnasta, a Eda wciąż nie było. Zastanawiała się, czy aby na pewno, dobrze się zrozumieli. W końcu pod jej dom podjechał czarne BMW. S. nie była do końca pewna, czy to na pewno jej przyjaciel, jeszcze nigdy nie widziała u niego takiego samochodu.
Zeszła po schodach i ostatni raz przeglądnęła się w lusterku. „Całkiem znośnie”, pomyślała i jeszcze raz przeczesała rozpuszczone włosy i spryskała się mgiełką. W futrynie zauważyła podpierającą się matkę.
-Pięknie wyglądasz. Całkiem jak ja za młodu. – Uśmiechnęła się, wypowiadając ostatnie zdanie.
-To chyba nie był komplement. – S. żartobliwie skrzywiła się na te słowa. Słysząc dzwonek do drzwi przytuliła matkę i poszła otworzyć.
-Wow.- Powiedział Ed, spoglądając na Sussy. Wyglądała bosko.
-Mało oryginalne. – Skomentowała wypowiedź przyjaciela, ale widząc jego przerażoną minę od razu się roześmiała.
-Żartowałam. Właściwie to gdzie mnie zabierasz? – Spojrzała na chłopaka, chcąc co nieco wywnioskować z jego stroju, jednak czarna marynarka, tego samego koloru jeansy i czerwona marynarka nie wiele jej mówiły. Mimo, że Ed wyglądał w tym zestawieniu nieziemsko, to wolała go w zwykłej, rozciągniętej bluzie.
-Tajemnica. – Szepnął. Otworzył jej drzwi do samochodu, poczekał aż usiądzie i delikatnie je zamknął. Siedząc już za kierownicą, spojrzał jeszcze raz na dziewczynę, widząc że ta mu się baczenie przygląda, zmarszczył brwi.
-Przeraża mnie to twoje obserwowanie. – Odparł z uśmiechem i odpalił samochód. Jechali chwilę w ciszy, chcąc jakoś ją przełamać włączył radio. Niefortunnie, akurat teraz szła jedna z jego piosenek. Nie chciał wyjść na zakochanego w sobie snoba, dlatego szybko przełączył.
-Wybacz. – Powiedział rumieniąc się.
-Nie, nie. Zostaw. Lubię ją. – S. oparła się i w spokoju wsłuchiwała się w głos Eda.
-O kim to? – Spytała po chwili. Ed podniósł pytająco w górę brwi.
-Piosenka, „She” tak? O kim ona jest? – Słysząc to, twarz Sheerana znów przybrała kolor  jego włosów. Sussy miała nadzieję, że piosenka jest o niej. Mimo wszystko, nie chciałaby teraz usłyszeć, że Ed ma jakąś inną przyjaciółkę, albo co gorsza dziewczynę. Spojrzała chwilę na jego zamyślony wyraz twarzy, a później powrotem na drogę.
-Uważaj. –Krzyknęła, ale było już za późno.

czwartek, 6 listopada 2014

Rodział III



S. pakowała się do szkoły. Sama myśl, że za godzinę miała tam być, przyprawiała ją o mdłości. To nie tak, że nie lubiła szkoły. Dosyć dobrze się uczyła i miała tam kilku fajnych znajomych. Jedyne co jej przeszkadzało, to ta sztuczna atmosfera. Nie mogła tam być sobą, bo każdy ją oceniał. W zasadzie tutaj wszyscy byli pozerami. W dodatku nie miała ochoty oglądać ani Thomasa, ani Jessicy. Westchnęła. No nic, będzie musiała to jakoś przeboleć.
                Pierwsza lekcja minęła dość spokojnie, pomijając fakt, że już kilkanaście lasek obgadywało ją na przerwie, to nic nie było nadzwyczajnego. Jak na razie cieszyła się, że nie spotkała Jess i Toma.
-Co ty dzisiaj taka nerwowa? – Spytała Izzy. Była na razie w tej szkole jedyną osobą której ufała. Spojrzała na nią z uniesioną brwią, nieco poirytowana, „a czego się spodziewała? Że będę tańczyć i śpiewać?” pomyślała, poczym wskazała głową na paczkę pustych dziewczyn stojących niedaleko i patrzących w jej stronę, co jakiś czas oczywiście wybuchały śmiechem, ale jak na razie mordercze spojrzenie w ich stronę powstrzymało kolejny napad śmiechu.
-Przejmujesz się tymi plastikami ? Spójrz przecież im tynk się z mordy sypie – Ten drugi wyraz powiedziała na tyle głośno, by przyciągnąć ich uwagę (i wszystkich przechodzących). S. uśmiechnęła się triumfalnie, gdy jedna z dziewczyn mocno się zaczerwieniła i sięgnęła do torebki po lusterko. Uwielbiała Izzy za jej bezpośredniość. Była to osoba dość kontrowersyjna. W zasadzie ona prowokowała wszystkim czym tylko się dało, zwłaszcza strojem. Ubierała się jak typowy punk, mimo, że nim nie była, fryzura natomiast nawiązywała do dawnych lat 80. za to osobowość miała niczym anioł. Jedyne co ją wkurzało to fałsz i pozerstwo. Wszystko inne mogła przeboleć. Tworzyły zgraną paczę w trójkę, no ale teraz zostały tylko dwie. Gdy tylko Izzy dowiedziała się co zrobiła Jess od razu przestała z nią rozmawiać. Oczywiście Sussy nie chciała by jej relacje z nią, wpłynęły na ich przyjaźń, ale to nie ona o tym decydowała.
S. podziękowała Izzy za poprawę nastroju poczym udała się na fizykę, którą niestety miała z J.
                Pierwsze 15 min. minęło dosyć dziwnie, ale spokojnie. Co jakiś czas Jess spoglądała na nią, a ona widząc to od razu ignorowała jej próby nawiązania kontaktu wzrokowego. Jednak gdy dostała liścik od Jess z niewyraźnie nabazgranym „przepraszam” to coś się w niej zagotowało. „Serio? Ta dziewczyna nie miała nawet na tyle odwagi, żeby mi to powiedzieć prosto w twarz” krzyczała w myślach. Wstała stanowczo i teatralnie porwała kartkę na małe strzępy poczym wyrzuciła do kosza. Oczywiście przykuła tym uwagę nie tylko całej klasy, ale także fizyka, który był wręcz zniesmaczony jej zachowaniem.
-Liam zostań po lekcji. – Powiedział nieco obojętnie na chwilę przerywając swój wykład, ale wszyscy dobrze wiedzieli co to oznacza… kłopoty. Pan Harvey słynął z rygoru jaki prowadził i nie lubił gdy ktoś mu przeszkadzał. Do tej pory S. nigdy nie miała z nim problemów. Raczej dobrze się uczyła i wydawało się jej, że fizyk ją lubi.
                -Martwi mnie nieco twoje zachowanie na lekcji – Zaczął, a Sussy  już znudzona tonem fizyka najchętniej wyszłaby z klasy.
-Jesteś cały czas nie obecna i nie wiem co się z tobą dzieje – Dodał, później ciągnął dalej swój monotonny wykład na temat tego, że się nie spodziewał takiego zachowania i tak dalej. Jedyne czym zwrócił jej uwagę były końcowe słowa.
-Powinnaś udać się do pani psycholog. Myślę, że jeszcze jest w szkole. –Odparł nie dając S. dojść do słowa. Gdy tylko usłyszała słowo „psycholog” coś się w niej zagotowało.
***
-Czy on myśli, że jestem nienormalna?! – mówiła poirytowana dziewczyna. Izzy słuchała jej nieco rozbawiona, cały czas poprawiając swoje „afro” w lusterku.
-Och nie przesadzaj, psycholog nie jest taki straszny. Poględzi, poględzi i będziesz miała z głowy, a wiesz chyba dobrze, że Harvey’owi nie warto się stawiać. –Schowała lusterko i tym razem spojrzała prosto w oczy przyjaciółce.
-Potrzebujesz tego. – Powiedziała i cmoknęła dziewczynę na pożegnanie.
-Zadzwoń jak tylko skończysz. – Dodała już w oddali, ale S. była tak zaabsorbowana jej słowami, że nawet nie odpowiedziała. „Jak to potrzebuję tego? Czy ze mną jest aż tak źle? No jasne, może przez ostatnie dni, nie myślę racjonalnie, ale czy to było aż tak widać?” mówiła w myślach, próbując poukładać sobie wszystko na spokojnie. Spojrzała na zegarek 14:20 z tego co wiedziała psycholog powinien być do 14:50 ale wolała się nie spóźnić. Wyciągnęła telefon ze słuchawkami i puściła nowy kawałek Eda, tak bardzo lubiła słuchać jego ciepłego głosu. Oczarowana talentem przyjaciela nie zauważyła chłopaka idącego naprzeciw i zderzyła się z nim.
-Patrz jak chodzisz idioto! – Krzyknęła nie odwracając wzroku od telefonu. Chciała bowiem wyłączyć na chwile muzykę by słyszeć jaką wymówkę ma chłopak stojący naprzeciwko. Podniosła wzrok i ujrzała coś, czego obawiała się najbardziej. Toma. Coraz bardziej poirytowana jego rozbawieniem myślała, że zaraz wybuchnie i wszystko mu wygarnie. Łącznie z tym jak się czuła i jakim dupkiem się okazał. Nie chciała jednak by o tym wiedział, miałby wtedy ogromną przewagę. Dlatego zacisnęła pięści jak najmocniej, chcąc ukryć, że cokolwiek ją jeszcze obchodzi.
-Takich zdrobnień jeszcze od ciebie nie słyszałem maleńka. –Powiedział nieco rozbawiony. Za to S. w myślach prosiła Boga, by dał jej cierpliwość, bo jak da jej siłę, to go tu zabije na miejscu.
-Możemy się spotkać? Wydaje mi się, że nie miałem okazji cię jeszcze przeprosić i spróbować  wytłumaczyć. – Odparł tym razem poważnie, widząc jak działa na dziewczynę jego uśmiech.
-Nie. – Oznajmiła stanowczo S. i odepchnęła chłopaka na bok chcąc przejść. Jednak ten w ostatniej chwili zdążył złapać jej nadgarstki i przyciągnął do siebie. Cholera! Akurat dzisiaj musiał TYCH perfum ? Sussy miała do nich wielką słabość. Zresztą to właśnie ona mu je kupiła. Spojrzała na umięśnioną i wytatuowaną rękę, wiedziała, że nie ma sensu się wyrywać dlatego, spokojnie odetchnęła i z irytacją spytała, czy mógłby ją puścić, bo się spieszy.
-Tylko jeśli obiecasz, że się dzisiaj spotkamy. – Odparł, pokazując rząd równych, śnieżnobiałych zębów. Miał nad nią przewagę. Nie chciała by nikt z uczniów, a tym bardziej z nauczycieli ich teraz zobaczył, dlatego pośpiesznie się zgodziła.
-Starbucks, 20:00, będziesz miał pół godziny na wyjaśnienia i co tam jeszcze chcesz, a później dajesz mi spokój. Tylko się nie spóźnij. – Powiedziała stanowczo i gdy tylko chłopak uwolnił ją z objęć, wręcz pobiegła w stronę gabinetu.
                Nieco zdyszana stała przed salą, spojrzała na zegarek, wskazywał on 14:40. „No cóż, przynajmniej będę miała mniej czasu na wysłuchiwanie morałów i tym podobnych” pomyślała i otwarła drzwi pomieszczenia.

wtorek, 4 listopada 2014

Rozdział II




-Miło cię znów widzieć Edwardzie. – Powiedziała z nieco udawanym uśmiechem. Idąc powitać chłopca podpierała się laską. Choroba coraz bardziej się rozprzestrzeniała, Ed starając się nie zwracać na to uwagi wyszedł jej naprzeciw.
-Panią również miło znów widzieć, ale może niekoniecznie w takich okolicznościach…– powiedział ze swoim nienagannym brytyjskim akcentem, po czym spojrzał na swoje brudne od „zabawy” ciuchy i mocno przytulił panią Liam.
-Och daj spokój, jesteście młodzi, macie prawo się bawić. Temu domowi jest to wręcz potrzebne. Poza tym wiesz, jak nie lubię gdy tak do mnie mówisz, żadna „pani”, po prostu Elle.- Tym razem uśmiech, który zagościł na jej twarzy był całkowicie szczery. Kobieta była dosyć młoda, a wyglądała jeszcze młodziej. Miała czarne, ścięte na "pawia" włosy, a na jej twarzy można by zauważyć nie więcej niż dwie zmarszczki. Lubiła o siebie dbać, dlatego też, nie tolerowała gdy jej jedyna córka zakładała na siebie workowate ciuchy.
-Jasne Elle. 
-Em… mamo! – odchrząknęła szorstko dziewczyna, dając jej wyraźny znak, że nie jest tu mile widziana.
-Ach tak… przyszłam tylko po mleko i już znikam. – Powiedziała zamyślona, i gdy tylko dostała szklankę ciepłego napoju od razu się ulotniła.
-Hmm… to na czym skończyliśmy ? –Spytał Ed podnosząc kostkę masła
-Daj spokój – westchnęła S. i bezsilnie opadła na krzesło stojące obok.
-Okay, rozumiem. Truskawkowe? – Zapytał, jakby czytając jej w myślach. Teraz już w ciszy, przygotowywał  dwie porcje lodów. Jak tylko skończył usiedli i w milczeniu pałaszowali deser. Zegar wybił siódmą gdy skończyli. Sussy jako pierwsza przerwała ciszę.
-Dziękuję – Powiedziała, podchodząc i mocno przytulając chłopaka. Nieco zdziwiony odwzajemnij uścisk. Dopiero teraz zauważył jak przepięknie pachną jej włosy i jak uroczo, niewinnie dzisiaj wygląda.
-Ale za co? –Spytał.
-Za to wszystko – powiedziała wskazując na kuchnie. Przez chwilę zastanawiała się, czy ona była zawsze gdy to on tego potrzebował. Westchnęła. "Może czasami nawaliłam, bycie przyjacielem jest cholernie trudne" pomyślała jednocześnie zastanawiając się, jak Ed to robi, że w tej kwestii jest nie naganny. Spojrzała na chłopaka posyłając mu ciepły uśmiech. Uwielbiała go, to wiedziała na pewno.
-Och mogłaś dzwonić dużo wcześniej, wiesz jak uwielbiam robić bałagan. – Zażartował, ale doskonale wiedział o co jej chodziło. Była jego przyjaciółką, nigdy by nie zostawił jej samej w takiej sytuacji, tym bardziej, że dzięki temu mógł zbliżyć się do niej jeszcze bardziej.
                Gdy tylko posprzątali kuchnię, udali się do pokoju S. otworzyli butelkę wina i rozmawiali kilka godzin. O wszystkim i o niczym,  wspominając stare, dobre czasy i te gdy nie odzywali się do siebie miesiącami. Lekko podpici już prawie usypiali.
-Powinienem się już zbierać, ale gdybyś tylko mnie potrzebowała
-Potrzebuję cię teraz, proszę zostań. –Przerwała mu S. przytulając się do nieco umięśnionego chłopaka. Nie były to takie mięśnie jak miał Tom ( w zasadzie Ed był całkowitym jego przeciwieństwem), był on bardziej „puszysty” niż umięśniony, ale właśnie za to tak bardzo lubiła się do niego przytulać, tym bardziej gdy była prawie pijana. Alkohol nawet w małych ilościach szybko na nią działał.
Położyła się na łóżku, zaraz obok chłopaka. Poczuła zapach perfum, które tak bardzo lubiła. Poczochrała jego rude włosy i z uśmiechem odparła;
-Wiesz co, kocham cię mój ty rudzielcu – pocałowała go w policzek i zamknęła oczy chcąc już spać. Ed był w szoku, tak naprawdę czekał na tą chwilę bardzo długo, ale nie o taką „miłość” mu chodziło. Wiedział, że S. nie traktuje go jak „potencjalnego pantera”, tylko jak brata. Co z jednej strony bardzo mu schlebiało, alez drugiej było najgorszym z wyjść, by rozpocząć kolejny etap w ich znajomości.
-Ja… ja ciebie też – szepnął po chwili nieśmiało, po czym objął ją swoim mocnym ramieniem i pocałował w czoło. „ I nawet nie wiesz jak bardzo” dodał w myślach.

~*~
Po ciężkim dniu wchodząc do domu Ed odczuł ogromną ulgę. Wziął zestaw „kanapowicza” jak zwykł to nazywać, w skład którego wchodziły minimum dwa piwa, paczka popcornu i "mega paka" orzeszków w karmelu. Włączył telewizje i przez najbliższe piętnaście minut skakał po kanałach, w końcu wibracja telefonu przerwała mu tą jakże ciekawą czynność. Był zmęczony i nie miał ochoty nigdzie się stąd ruszać. Poza tym chciał przemyśleć kilka kwestii związanych z wczorajszym wieczorem. Wziął iPhon’a nieco przetłuszczonymi palcami od orzeszków i odczytał wiadomość od jego kumpla Chrisa; „Piwo w Duck’u 18:10” spojrzał na wyświetlacz, była 17:50. Co prawda pub mieścił się zaledwie pięć minut drogi od jego mieszkania, ale jak wcześniej stwierdził, nie miał ochoty nigdzie wychodzić. Patrząc na deszcz za oknem przyciągnął do siebie swój ulubiony koc i cały się nim owinął. Teraz widać było tylko mały rudy kłębek wyłaniający się spod okrycia.
„Nie da rady, wbijasz do mnie?” Odpisał i prawie natychmiastowo otrzymał wiadomość: „5 min. i będę”
                Po kilku minutach siedzieli już wygodnie na kanapie. Ciszę przerywały tylko łyki piwa i odgłosy kreskówki, która akurat leciała.
-Więc? – Zaczął niepewnie Chris, chcąc przerwać męczące milczenie kolegi. Uzyskał jedynie pytające spojrzenie Eda w jego stronę.
-Och daj spokój chłopie, dobrze wiesz o co mi chodzi. –Wyłączył telewizor i wstał. Teraz czuł znaczną przewagę na przyjacielem, prawie leżącym na kanapie.
-Siedzisz owinięty w koc i oglądasz jakieś durne kreskówki. – Ed na te słowa tylko wzruszył ramionami i pociągnął łyk piwa, nie spuszczając kontaktu wzrokowego choćby na chwilę. Całe to zachowanie sprawiło, że Chris całkowicie gotował się z wściekłości.
I… ? – Spytał obojętnie Ed, doprowadzając przyjaciela do furii.
-I to, że jest piątek wieczorem! Stary z tego co słyszałem odwołałeś nawet spotkanie w studio i po co? Po to żeby leżeć dupskiem przed telewizorem ? Daj spokój! – już prawie krzycząc, mówił wkurzony Chris. Chwila ciszy. Tym razem nieco spokojniej dodał;
- No dawaj, w czym rzecz? – Spytał, siadając obok kumpla.
-Sam nie wiem, po prostu taki dzień.- Oparł obojętnie Ed, na co Chris przewrócił teatralnie oczami.
-Jeszcze mi powiedz, że „mam się domyślić”, po czym rozpłacz i ucieknij do łazienki z krzykiem „jaki ten świat jest okrutny” – Powiedział, przesadnie naśladując piskliwy, dziewczęcy głos, dając mu wyraźnie do zrozumienia, że zachowuje się jak baba.
-Jest taka jedna… - Zaczął nie co nieśmiało. W zasadzie, nawet nie wiedział, co chce powiedzieć. Przecież nic ważnego się nie wydarzyło. Spojrzał na przyjaciela, widząc, że ten ponagla go ruchem ręki, dodał:
-Ale to chyba nic takiego. Po prostu podoba mi się, kurde jakby nie patrząc to chyba od zawsze, a teraz, teraz gdy zerwała w końcu z tym palantem, ma mnie tylko za przyjaciela, ja nawet nie jestem pewny, czy ona traktuje mnie jak faceta! Bardziej prawdopodobne jest to, że widzi we mnie geja, niż chłopaka! – Wykrzyczał w końcu zrezygnowany. Spojrzał na Chrisa, ale jego najwyraźniej rozbawiła cała ta sytuacja. Ed na ten widok posłał mu piorunujące spojrzenie.
-Och daj spokój, na pewno nie jest tak źle. –Powiedział C. chcąc nieco załagodzić atmosferę. Szturchnął kumpla łokciem, by ten wynurzył się ze swojego puszystego „kokonu”.
-Próbowałeś jakoś to zmienić? Wiesz, teraz to najlepsza okazja, panna jest rozdarta, pocieszenie jej i „wykorzystanie sytuacji” powinno przyjść ci całkiem prosto.-stwierdził Chris, dając szczególny nacisk na "wykorzystanie sytuacji"
-Ty jesteś nienormalny, nie mam zamiaru jej zgwałcić! – Krzyknął Ed, patrząc z obrzydzeniem na kumpla. Jak mogło mu coś takiego przyjść do głowy. Ona była taka, taka delikatna, piękna, niewinna. Zabiłby każdego kto by ją chociaż próbował skrzywdzić.
-Chłopie, wyluzuj. Nie o to mi chodziło! Raczej o to, żebyś się do niej nieco zbliżył. Spróbował zbudować  „intymną sytuację”, czy coś w tym stylu. – Tłumaczył Chris.
-Hmm... intymną sytuację? - mówił jakby do siebie. Po czym rozbłysnął i zwrócił się już nieco bardziej bezpośrednio do kumpla.
-Wczoraj razem spaliśmy i powiedziała, że mnie kocha. Liczy się? – Na te słowa, C. wypluł całą zawartość piwa, którą aktualnie miał w ustach i spojrzał na niego jak na czubka.
-No to grubo… Spaliście, a ty masz obawy czy ona traktuje cię jak faceta?! Chyba, że… Ed, nigdy nie skarżyłeś się na… - spojrzał na krocze chłopaka ze znaczącą miną.
-Boże, nie, nie, nie! Nie o to chodzi! – Krzyknął Ed, po czym głośno się roześmiał.
-Stary, z tym nigdy nie było problemu. Chodzi o to, że TYLKO spaliśmy, a z tą miłością, to było bardziej jak do brata, albo matki, niż do chłopaka. – Zrezygnowany wziął swoją gitarę i powoli zaczął ją nastrajać. Chris biorąc duży łyk piwa, usiadł obok.
-No to mamy problem. – Powiedział i poczochrał nieco przetłuszczone włosy rudzielca.